Zdredukowane Zin

 

Kiedy siadam przy stole w kuchni, mam ten przywilej, że widzę drzewo. Jest to robinia. Młoda roślina wciśnięta między zaparkowane samochody. Taka zwykła. Po prostu stoi. Stoi i rośnie. Albo stoi i umiera - trudno powiedzieć. Czytałam o tych tonach CO2, które asymiluje. O pochłanianiu szkodliwych cząsteczek, o dawaniu cienia i chłodzeniu. Ale czasem sobie myślę - może ona nie daje rady z tymi autami, które swoim ciężarem miażdżą jej korzenie? Może kurz i trujące molekuły ostatecznie zadusiły jej miękisz, zaczopowały aparaty szparkowe?

Czekam by któryś dzień był końcem jej milczenia i udręki... Robinia wywija jedną z gałęzi i krzyczy: w ksylemie mam wasze płuca, wasze nowotwory, spaliny, wasze drewniane domy i meble, wasze miasta, wasze polityki drzewne i chore lęki o spadające konary! Chcę żyć, rosnąć, rozmnażać się! Chcę mieć liście jak parasole - soczyste i błyszczące zielonym chlorofilem. Chcę by chmary pszczół odwiedzały moje kwiaty. Chcę żyć tysiąc lat i być tu kiedy was już nie będzie. A jak umrę - chcę się z godnością rozkładać. Leżeć i być zjadana przez grzyby i stonogi. A wtedy nowa, wolna Ja odrodzę się w postaci licznych i dorodnych odrostów korzeniowych, które nabiorą kształtu i wyrosną w wielki las.

Krystyna Jędrzejewska-Szmek

 

Odczuwam coś dziwnego, kiedy stąpam boso po poćwiartowanych szczątkach ułożonych w jodłę. Zagłębiając się w ten stan odnajduje w nim delikatna, ledwo wyczuwalna nutę obrzydzenia zwłaszcza, kiedy przyglądam się słojowej strukturze martwych pokrojonych tkanek. Może to dlatego, ze przypominają mi one o wątłości własnego ciała, jego nieuchronnej śmierci i rozkładzie. Kiedy mijam drzewa, jest w tym obustronna obojętność. Dostrzegam w nich korzyści i ograniczenia, tak samo jak w innych naturalnych formach, cenny zasób, którym należy gospodarować z rozwaga, aby się nie wyczerpał. Czasem wole kiedy drzew nie ma, mogę doświadczać wtedy przestrzeni, rozległości krajobrazu.

Łukasz Gniadek

 

Przystrzyc, wyciąć, zredukować, zrąbać, wykarczować, uśmiercić. W kraju, w którym transformacja ekosystemów w plantacje desek przebiega pod hasłem “zrównoważonej gospodarki leśnej” a Ministerstwo Klimatu i Środowiska sankcjonuje spalanie lasów w elektrowniach, aby sprostać osiągnięciu ambitnego celu neutralności klimatycznej, nie tylko mnie otwiera się w kieszeni scyzoryk. A czasem nawet cięższy sprzęt. Szybko jednak pojawia się wątpliwość, czy atakowanie nożem osób odpowiedzialnych za zagładę przyrody jest najbardziej adekwatną odpowiedzią? W czym będzie to lepsze od wyciągnięcia piły spalinowej, aby czym prędzej podciąć gałąź, na której wszyscy siedzimy? Odpowiedź jest raczej oczywista. Przemocą nie wygramy ze zniszczeniem, które wyrządzają i legitymizują politycy, urzędnicy i zwykli Kowalscy. Często nieświadomi zbawiennego wpływu przyrody. Albo co gorsza, nie mający odwagi przeciwstawić się destrukcji.

Niewiedza i słabość to żyzny grunt, na którym rosną pieniądze, jeśli tylko umiemy je uprawiać. Nie bez kozery Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe niezmiennie znajduje się w czołówce rankingu najlepiej zarabiających polskich firm. Ludzie zamieszkujący tereny, które dziś dumnie nazywamy Polską, od zawsze wiedzieli, co jest naszym największym zasobem. Drewno, skóry i niewolnicy. Niewiele się tutaj zmieniło od czasu Mieszka I. Martwe zwierzęta, wycięta drzewa i wyzyskiwana siła robocza do dziś pozostają naszym głównym towarem eksportowym. Zwiększyła się tylko skala. Obecnie zarabia się już nie woreczki srebrników, ale miliardy nowych polskich złotych.

Co zatem robić, gdy widzisz, że dookoła rozciąga się Mordor, a ludzie udający orki mają nie tylko noże i piły, ale też harvestery, forwardery, tartaki i frezarki? Czy pozostaje się pociąć? Widzimy przecież wyraźnie, że cała ludzka potęga jest na wynajęcie tych, którzy mają pieniądze. Co nie znaczy, że nie można im się przeciwstawić. Wszak pieniądze to tylko cyferki w excelu, a my wciąż mamy gorące serca, władne przetopić najtwardsze monety na plomby, promy kosmiczne, a nawet nawóz do permakulturowych grządek. Ciągle jest nadzieja, że z zakopanego głęboko w ziemi garnca złota w końcu wyrośnie tęcza, której wciąż szukamy, na którą tak czekamy. Do tego powinniśmy dążyć. Na to musimy stawiać.

Ciągle wierzę, że gdybyśmy wszyscy mieli świadomość, że drzewa nie tylko magazynują węgiel, którego tyle emitujemy, ale również zmniejszają powodzie, czy obniżają temperaturę podczas upałów, a ich liście, zatrzymując zanieczyszczenia, zmniejszają częstość występowania astmy, to sto razy puknęlibyśmy się w głowę, zanim byśmy je ścięli. A przecież to nie wszystko. Czy wiecie, że drzewa na naszych ulicach zmniejszają wskaźniki przestępczości? Bo, że poprawiają zdrowie psychiczne i samopoczucie, to chyba nie sposób ukryć, choć pewnie niektórzy by chcieli. Naukowcy obliczyli, że zbawienny wpływ jednego dojrzałego drzewa ulicznego może mieć wartość rzędu tysięcy funtów - jeśli już musimy wszystko sprowadzać do pieniędzy. Niestety: czasem musimy, bo w końcu mierzymy się z ludźmi, którzy nie rozumieją innego języka niż monety i noże.

Jaś Kapela

back